"Muszę wygarnąć"" - wywiad z Jackiem Inglotem.
2008-06-10
bezpośredni sznurek do wpisu

Dziś serwuję swój wywiad z Jackiem Ingotem, autorem powieści „Porwanie sabinek”. Jacek, znany pisarz literatury fantstycznej, zadebiutował właśnie w głównym nurcie - i od razu powieścią do bólu niepoprawną politycznie. Pozwólmy mu jdnak sami o niej opowiedzieć...

mOrfeusz
Witaj, Jacku!

Jacek Inglot
Witaj!

m.
Signum temporis - mieszkamy w tym samym mieście, widujemy się "na żywo", a wywiadu udzielasz mi przez Skype'a. Dobre to czasy czy złe?

J. I.
Złe. Nie ma czasu, aby normalnie pogadać przy piwie. Pod tym względem komuna była lepsza, bo wolnego czasu było w bród. Gdyby jeszcze czerwoni dawali radę z piwem, to może rządziliby do tej pory.

m.
No właśnie... Pytam o to nieprzypadkowo, bowiem w Twojej najnowszej książce, "Porwaniu sabinek", między innymi motywami przewija się także ta właśnie tęsknota za przeszłością. To co, komuno wróć? Z wyjątkiem piwa?

J. I.
To fragment o wyraźnie autoszyderczym zabarwieniu. Bohater nie tyle tęskni za komuną - której ohydę dokładnie w wielu miejscach opisuje - co za atmosferą i ludźmi z tamtej epoki. Pod tym względem komuna była lepsza.

m.
Za młodością zatem po prostu? Niezależnie od ustroju? Ale przecież - pamiętam - tęsknie też wspomina jasne podziały. Dobro, zło, żadnych odcieni szarości...

J. I.
Nie do końca. Raczej za tym, że ludzie byli dla siebie inni. Nie szczurami ani konsumentami. Bywali, w tej swojej codziennej, upartej opozycyjności wobec reżimu, nawet trochę wielcy. A podstawową cechą obecnej epoki jest jakaś podława małość... ludzi i czynów.

m.
Czyli lepiej żyć w czasach opresji? Ale przecież także w "Porwaniu..." okazuje się, że nawet wówczas nie wszystko było takie, jak się wydawało. Niektórzy z tych "trochę wielkich" okazują się po latach sługusami bezpieki...

J. I.
Czasy opresji są w tym sensie "dobre", że łatwo o podział na dobro i zło. Łatwo się było określić, bo linie podziału były oczywiste. A to, że była bezpieka... co to za komuna bez bezpieki. A to, że niektórzy z bohaterów byli na usługach SB, to naturalny koszt rewolucji. Na wojnie zawsze są ofiary. Mnie to nie dziwi, przecież w bezpiece pracowało tysiące ludzi, czasem niezłych fachowców. To byłoby aż dziwne, gdyby nikogo nie skaptowali.

m.
Powróćmy do samej książki... Nieczęsto zdarza się, by znany pisarz SF zawędrował do mainstreamu. Znudziła Ci się fantastyka? A może to jakaś głęboka i paląca wewnętrzna potrzeba napisania na ten temat? Co z Inglota-fantasty zrobiło Inglota-mainstreamowca?

J. I.
Wkurwienie. Po prostu stwierdziłem, że już dłużej nie dam rady i muszę wygarnąć. Konwencja fantastyki nie nadawała się do tak bezpośredniej rozprawy z rzeczywistością. Niepotrzebnie by ją wzięła w nawias, a ja chciałem zabrać głos na serio i bez żadnych cudzysłowów. Dlatego zdecydowałem się na powieść współczesną.

m.
Ulżyło po napisaniu? Wkurwienie jest mniejsze?

J. I.
Ani trochę. Czuję się jak ten wołający na puszczy. Mam wrażenie, że tylko ja czuję absmak z racji tego, że kraj tak się stoczył. Inni chyba nie podzielają mej opinii i wydają się zadowoleni ze status quo, przynajmniej dopóki wystarcza kiełbasek na grilla.

m.
Kogoś jednak to poruszyło... Środowisko Gazety Wyborczej tym razem wybrało taktykę ataku i wyśmiania. Spodziewałeś się takiej reakcji?

J. I.
Nie, prawdę mówiąc byłem święcie przekonany, że oleją sprawę, jak to mają w zwyczaju. Ich atak zdumiał mnie, acz rozumiem ich motywy. Nie rozumiem za to milczenia prasy prawicowej. Tam tej powieści nikt nie zauważył, nie wiem o żadnej recenzji. Widać obraz świata z "Porwania sabinek" nikogo tam nie poruszył. Może uznają go za normalny i niegodny w związku z tym komentarza.

m.
Skoro mowa o reakcjach, to czy jako pisarz zauważasz jakieś oznaki zmiany klimatu, nazwijmy go, literackiego? Obalania tabu? Bo mimo tego braku odzewu z prawej strony, to przecież przyznasz chyba, że jeszcze parę lat temu książka taka jak "Porwanie sabinek" miałaby marne szanse na zaistnienie na rynku...

J. I.
Wrzucono by ją do kosza. Ani to o dupczeniu, ani o zabijaniu, ani o ćpaniu. Nie wiem, czy wydanie takiej powieści o czymś świadczy, ale niewątpliwie pojawiają się ostatnio książki o charakterze rozliczeniowym... Wolski, Łysiak, coś zapowiada Wildstein... Kto wie, może coś się jednak zmieni i da się wydrukować książkę "o czymś", ale nie tylko o tym, że morderca chodzi zygzakiem albo jak zostać w tydzień gwiazdą tv.

m.
Czyli jest nadzieja na życie literackie w literaturze głównonurtowej poza nagrodą Nike?

J. I.
Jeśli się autorzy i wydawcy uprą... a i tak zadecyduje czytelnik. Jak ludzie nie będą chcieli, to takich książek nie będzie. Dziś nikt już nie uprawia sztuki "con amore", jak dawniej bywało. Książka, choćby nie wiem jak ambitna, jest produktem rynkowym. Niestety.

m.
Książka… właśnie, krążymy naokoło, ale wróćmy do samej powieści. Bardzo trudno ją zdefiniować - w pozytywnym tych słów znaczeniu. Czego tu nie ma! Powieść drogi z psychoanalizą najmroczniejszych zakamarków męskiej duszy, która w finale przechodzi w mroczny thriller, zahaczając przy okazji nawet o realizm magiczny. Po drodze mamy jeszcze analizy socjologiczne, erotykę... i czeską kuchnię. Można by tak pewnie wyliczać dłużej. To o czym jest ta książka? Czym ona jest dla Ciebie?

J. I.
To miała być książka o upadku człowieka i, pośrednio, o upadku pewnego kraju, w którym kiedyś narodziła się Solidarność. O tym, że teraźniejszość ma się do ówczesnych ideałów jak pięść do nosa. I o tym, że nikogo to już od dawna nie obchodzi.

m.
Skrajny pesymizm... ale przecież w bohaterze odzywa się sumienie. Światełko w tunelu - czy światła nadjeżdżającego pociągu?

J. I.
W bohaterze odzywa się sumienie, bo zrozumiał, że to wszystko było mrzonką. I jedyne, co tak naprawdę zostaje, to drugi człowiek. Cała reszta to bełkot.

m.
Drugi człowiek... ale miał tych ludzi od cholery - i dopiero ta dziewczyna coś w nim poruszyła. Może tu chodzić o jakieś uczucie? Miłość? Substytut miłości ojcowskiej może?

J. I.
No właśnie, wątek Marty... ktoś w końcu musiał o to zapytać. Świadomie nie chciałem, aby był to banalny romans. Facet poznaje dziewczynę i się natychmiast w sobie zakochują... to banał przecież, a nawet harlequin. Tego nie chciałem. Mój bohater jest erotycznie zainteresowany Martą, ale to naturalne, skoro nie jest gejem. Z drugiej strony to człowiek emocjonalnie wypalony, niezdolny do uczuć, dla którego seks jest już tylko doznaniem fizjologicznym, dlatego szczegółowo opisałem jego stosunki z kurwami. On już nie wierzy w żadną miłość i tylko kurwy mu zostały. Dlatego to, co zaczyna czuć do Marty, to nie jest miłość... raczej solidarność. Bo to dzięki niej zaczyna tę - jak się okazuje - w efekcie oczyszczającą podróż w przeszłość. Przypomina sobie, czym wtedy byli dla niego inni ludzie. I że wtedy przede wszystkich o tych innych ludzi walczył. A dziś ich sprzedaje. Istotą jego olśnienia jest dostrzeżenie w Marcie drugiego człowieka, a nie wyłącznie towaru.

m.
Solidarność - w tym przypadku z osobą, która stara się coś osiągnąć mimo przeciwności... i tu z kolei dochodzimy do swego rodzaju komentarza socjologicznego na temat tzw. "Polski B". Albo i C... Co dość niespotykane w naszej rodzimej sztuce, nie poisz bohaterów winem Arizona, żeby było śmieszniej, tylko w zasadzie zabierasz też głos w imieniu mieszkańców post-PGR-owskich wsi... Znasz ich sytuację? Boli Cię?

J. I.
Tyle co z gazet i mediów, na wsi bywam rzadko. Jestem raczej z Polski A, ale to nie zwalnia mnie z poglądu, że nic tak nie hańbi człowieka jak bieda i brak perspektyw. To taki lewicowy odruch w mej zasadniczo liberalnej duszy. A problem tzw. wykluczonych nie dotyczy tylko tych zapijających się patykowym winem byłych traktorzystów... o wiele większy dramat przeżywają ich dzieci, uwięzione w wiejskich i małomiasteczkowych slumsach. To ona zapłacą najwyższą cenę, nie będą mogły nawet, jak ich rodzice, powspominać pegeerowskiego dolce vita. Dla nich od początku był tylko bród i ubóstwo. A to rodzi desperację, ta zaś zło. Tam rośnie w tej chwili pokolenie ofiar, które zostanie brutalnie wykorzystane, jak Marta w mojej powieści. Ale to naszych modnych literatów nie obchodzi, zbyt są zajęci opisywaniem płciowo-alkoholowych problemów warszawki czy innej wielkomiejskiej mętowni. Proza społeczna chyba ostatecznie zdechła, a drugiego Żeromskiego nie będzie.

m.
Inglot jednak próbuje. Znamienne, że recenzent GW w ogóle tego wątku nie zauważył.

J. I.
Ten recenzent to baran i włazidup. Chcąc się przypochlebić komu należy - jakimś wodzom GW, jak myślę - napisał recenzję, która w normalnych warunkach pewnie by trafiła do kosza. Ale ta akurat pasowała do "linii" redakcyjnej, więc ją puścili. Ten człowiek - oskarżany zresztą przez innych o głupotę i ignorancję - przemknął się po naskórku mojej powieści. Prawdopodobnie tak daleko wykraczała poza jego umiejętności analizy i interpretacji, że poprzestał na ordynarnym streszczeniu. W innych przypadku musiałby się nad nią zastanowić i, nawet z autorem nie zgadzając, do czego ma prawo, wdać się w merytoryczną polemikę. Na to jednak, jak wskazałem wyżej, nie starczyło szarych komórek.

m.
Ile głównego bohatera jest w Tobie? Nie podejrzewam Cię, rzecz jasna, o wożenie "sabinek" do Reichu, ale zastanawiają mnie choćby zbieżne gusta kulinarne. Idąc tym tropem - czy jakaś część zgorzkniałego cynizmu bohatera Twojej powieści i Tobie przypadła w udziale? Nawet z naszego wywiadu wyziera Twoje rozczarowanie kondycją ludzką...


J. I.
Powieść jest pisana z użyciem chwytu bohatera narratora. Takie narracyjne "ja" sprzyja pomniejszeniu dystansu pomiędzy autorem i bohaterem. Oczywiście w każdej książce autor musi sprzedawać choć odrobinę własnego "ja", inaczej recenzenci będą się rozwodzić nad "papierowością postaci". Nie ukrywam, że w bezimiennym bohaterze "Porwania sabinek" ukryłem sporo swych poglądów, nawet niektórych zachowań i obyczajów. To w końcu przedstawiciel mojego pokolenia, tych młodych ludzi, którzy w '80 roku zachłysnęli się wolnością i Solidarnością. I którzy teraz widzą, jak z tego wszystkiego po latach zostaje popiół i kurz... Takie przeświadczenie raczej nie skłania do optymizmu. Ale to chyba naturalna kolej rzeczy, gdy marzenia rozmijają się z rzeczywistością... i nie każcie mi się z tego cieszyć!

m.
Skoro o tym mowa, to czy przygotowywałeś się jakoś do napisania tej powieści? Wykonałeś pracę badawczą? Sprawdziłeś, na przykład, trasę, którą podróżuje Twój bohater?

J. I.
Przeczytałem kilka dużych artykułów o handlu kobietami - notabene w GW - i obejrzałem trochę dokumentów w tv. Głębsze studia nie były potrzebne, bo opisywałem jedynie mały wycinek tego procederu, podróż jednej dziewczyny. Chciałem się skupić na jej jednostkowej tragedii, a nie wdawać w detaliczne opisy. Trasy dokładnie nie przejeździłem, choć podróżowałem jej odcinkami, zwłaszcza w Czechach. W Niemczech nie bywam tak często, choć znam trochę północne rejony. To zresztą nie jest powieść, gdzie krajobraz czy realia grają jakąś podstawową rolę, choć starałem się być maksymalnie wiarygodny. To, co najważniejsze, dzieje się w duszach bohaterów... bo oni jeszcze mają dusze.

m.
Dusze duszami, ale jak się czyta o tym czeskim żarciu, to aż ma się ochotę tam wybrać...

J. I.
Bo czeskie żarcie jest po prostu wyśmienite... o ile trafi się na naturalną czeską knajpę, najlepiej na prowincji, bo i tam w miastach mnożą się fast-foody.

m.
Kolejne pytanie o "pisarskie zaplecze". Masz całą książkę naszkicowaną w głowie, czy układa się w trakcie pisania? Piszesz po kolei czy nie?

J. I.
Mam skłonność do pisania fragmentami. Najpierw układam sobie pewną całość, czasem ją nawet szkicuję w jakimś konspekcie, a potem piszę fragment, na jaki mam ochotę i pomysł – w danej chwili oczywiście. "Sabinki" powstały w ten sposób, najpierw napisałem początek, potem sporo ze środka, potem znowu sceny z początku, potem coś pod koniec. Tylko finał napisałem tak jak należy, na sam koniec. To zresztą logiczne, końcówka musi uwzględniać całość materiału powieściowego, to rodzaj podsumowania. Trzeba przy tym zawsze pamiętać, co się napisało w innych fragmentach, aby potem logicznie połączyć je w całość. W przypadku tej powieści, zbudowanej epizodycznie, nie było to trudne. W przypadku powieści bardziej linearnej taka technika może być zbyt skomplikowana i tylko utrudniłaby pisanie. Tak że nie jest to uniwersalny patent.

m.
Skoro już wspomniałeś o finale... "Porwanie sabinek" ma zakończenie otwarte. Wiesz, jak zakończyła się ta historia? Nie chcę, abyś mi tutaj ją dopowiadał, nie o to przecież chodzi. Ciekawi mnie tylko, czy w ogóle wyobrażałeś sobie definitywne zakończenie - tylko dla siebie? Jedno? Kilka?

J. I.
A jakie jest zakończenie "Kordiana"? Padła ta słynna salwa czy nie? W podtytule dzieła jest mowa o pierwszej części tragedii, ale Słowacki nigdy nie wrócił do tematu. Może wtedy wiedział, a potem zapomniał? Powiem szczerze, nie wiem. Może mój „Kordian” powinien zginąć i dopełnić swego romantycznego paradygmatu i wreszcie zostać bohaterem? A może powinien go przełamać, dopierdolić skurwysynom i zostać zbawcą jak szeryf z klasycznego westernu? A może powinien cisnąć gnata w błoto i dać sobie spokój? Każde z tych rozwiązań ma swoje wady i zalety, dlatego, podobnie jak Słowacki, uciekłem od tych dylematów w otwarte zakończenie. Wiem, czytelnik tego nie lubi - lubi happy end - ale, do cholery, nie jest to miła powieść o miłych ludziach, którym się fajnie żyje. To wkurwiająca proza o tej stronie naszego życia, o której nie wiemy i nie chcemy wiedzieć. Dlaczego w finale miałbym odpuszczać? Niech się ludziska wpieniają do końca. Lub czytają chick lit o robieniu zakupów czy o rozterkach umysłowych celebrytów (z kim i za ile). Inglot nigdy nie był łatwy i takim już chyba pozostanie.

m.
Ha, toteż ja wcale od Ciebie nie wymagam dopisania zakończenia. Byłem ciekaw tylko, czy je nosisz w sobie, czy sam dla siebie... też nie jesteś łatwy.

J. I.
Nie jestem. Zawsze chciałem tworzyć literaturę ważną, nieobojętną, ustosunkowaną do rzeczywistości, zmuszającą czytelnika do refleksji. Nigdy nie interesowało mnie trefnisiowanie, przypodobanie się publice poprzez pisanie rzeczy łatwych i przyjemnych. To postawa o znamionach tragizmu. Chiński współczesny pisarz, laureat Nagrody Nobla, Gao Xingjian, stwierdził: "Rola pisarza polega na rzuceniu wyzwania całemu światu, z pełną świadomością, że to i tak niczego nie zmieni." Człowiek ma w stu procentach rację.

m.
W "Porwaniu..." przeciwstawiasz bohaterszczyznę ciężkiej codziennej pracy - nad własną kondycją moralną, ale też, mam wrażenie, pracy w ogóle. Niewidzialny przyjaciel głównego bohatera wiecznie go krytykuje, że nie może on stawić czoła codzienności, jednak w finale okazuje się, że musi jednak odegrać rolę bohatera. To jak to w końcu jest? Co wybierasz? A może bohaterstwo jest tylko dla tych, którzy wcześniej zawiedli w codzienności?

J. I.
W tej powieści duch pozytywistyczny walczy z romantycznym. Bo pozytywizm to jedyna epoka w naszej historii, która nie zostawiła właściwie żadnego śladu, z pozytywistycznego etosu nie została nawet drzazga. I wielka szkoda. W mojej książce jest sporo akcentów antyromantycznych, choć zarazem - w finale - zawarłem wskazanie, że, jeśli przyjdzie chwila ostateczna, to w romantyzmie należy szukać wzorców moralnych. Bo przecież Kordian nie ugiął się i nie ukorzył przed carem, choć wiedział, że zapłaci życiem. Pragmatyzm często prowadzi do małości ducha, jest usprawiedliwieniem własnej niemocy. Pracujmy, ale i szukajmy w romantyzmie wzorców moralnych. Bez nich pogrążymy się w banalnym dorobkiewiczostwie i staniemy się takim samym nieciekawym narodem jak Szwajcarzy czy Holendrzy. Nie rycerze, a kupczyki. Nie bohaterowie, a konsumenci. Tacy sami, jak dziesiątki innych narodów, kłaniających się w hipermarketach Wielkiemu Konsumowi. Jeśli nie uda nam się ocalić bodaj odrobiny tego "pozytywnego" romantyzmu, roztopimy się za kilkadziesiąt lat w globalnym tyglu. Będziemy tacy jak inni. To znaczy nas nie będzie.

m.
I to jest dobre podsumowanie chyba, ale... nie może zabraknąć jeszcze jednego pytania - o plany. Uchylisz rąbka tajemnicy?

J. I.
Powiem tylko tyle, że płynę dalej głównym nurtem. Choć to, co teraz piszę, nie dzieje się tu i teraz. Może źródeł dzisiejszego rozkładu należy poszukać w historii? "Plunąć na tę skorupę i zstąpić do głębi"? Nie będzie to jednak powieść stricte historyczna, jak zwykle bardziej będzie mnie interesowało starcie ludzi i idei niż zawartość ich talerzy i garderób. Ale kolejny pomysł, który nieśpiesznie obracam w myślach, to hard SF dziejąca się około połowy naszego wieku. Oczywiście nie będzie to wizja świetlanej przyszłości rodzaju ludzkiego. Nadal jestem konsekwentnym pesymistą.

m.
Mam tylko nadzieję, że konsekwentnie piszącym pesymistyczne kawałki na równie wysokim poziomie, co "Porwanie..."! Dziękuję Ci zatem za wywiad... i do następnej powieści!

J. I.
Też mam taką nadzieję.


mOrfeusz

Etykiety:

J.Z. 10:25 komentarze: 2
Drobiazgi czyli mieszanka firmowa o manipulacji
2008-05-28
bezpośredni sznurek do wpisu

Witajcie!

Dawno mnie tu nie było... Odciągnęły mnie różne sprawy ważniejsze od blogowania. A to zdrowie (dziękuję, już mi lepiej), a to praca (dziękuję, nadal jest dużo, ale staram się miarkować), a to jeszcze insze kwestie.

Nie obiecuję, że będę pisał często - ale powróciłem. Postanowiłem jednak wprowadzić pewne zmiany. Kiedy zaczynałem pisać CyberOwcę, blogosfera dopiero się rozwijała. Przeszliśmy daleką drogę (no, sporą część beze mnie). Zaczynając pisać o polityce, miałem zamiar recenzować rząd, który był w dużej mierze rządem przeze mnie wybranym i z którym wiązałem spore nadzieje. Teraz zaś sytuacja zmieniła się diametralnie i u władzy widzę persony, na widok których przysłowiowy nóż w równie przysłowiowej kieszeni się otwiera. Recenzje polityczne bieżących wydarzeń, gdybym takowe pisał, musiałyby być na wskroś negatywne. Ważniejsze jednak, iż są inni, którzy robią to lepiej i z którymi konkurować nie mam śmiałości. Pewnie od czasu do czasu się skuszę - czy też raczej nie powstrzymam złości - i napiszę coś jak dawniej, ale starał się będę tego unikać.

Co zamiast tego? Dłuższe teksty, o kwestiach bardziej ponadczasowych. W każdym razie - trwalszych niźli tydzień. O polityce też - ale w miarę możliwości z perspektywy szerszej, a nie na bieżąco. Prócz tego - obserwacje i recenzje dotyczące spraw i przedmiotów doświadczanych osobiście. Także techniczne. Także filmowe i książkowe - wszak dawno się już nie pojawiały.

Wkrótce na tych stronach wywiad z pisarzem, który naraził się Gazecie Wyborczej - Jackiem Inglotem.

Tymczasem, parę drobiazgów - ale nie recenzji, obserwacji raczej - na rozgrzewkę. Temat przewodni - manipulacje. Czyli manipulować też trzeba umieć, bo inaczej wychodzi... no sami popatrzcie, co takiego.

Drobiazgi dwa z Gazety Wyborczej. Gazety zwanej przeze mnie Gnijącą Wątrobą nie czytam z zasady, czasem jednak wpadnie do mnie z innych mediów jakiś odnośnik do ich portalu.

Tym razem powalił mnie sondaż towarzyszący w miarę sensownemu reportażowi o życiu seksualnym osób niepełnosprawnych:

Uważasz, że w Polsce osoby niepełnoprawne są dyskryminowane?

o Tak, niepełnosprawność jest traktowana przez większość ludzi jak choroba, którą się można zarazić
o To wina samych niepełnosprawnych, którzy tworzą własne getta i nie mają kontaktu z pełnosprawnymi ludźmi


Cudne. Proponuję kolejne sondaże. Na przykład:

Popierasz PO?

o Tak, nie ma dla Polski alternatywy.
o Nie, ojciec Rydzyk mi zabronił.

I tak dalej...

Drobiazg drugi to artykuł o pewnym studencie, który przyjechał do Wrocławia na demonstrację (bodajże trzyosobową) facetów lubiących ubierać się w damskie ciuszki i został wyrzucony z akademika, w którym nocował, bo chodził w szpilkach. Gwoli informacji, choć chodzenie przez mężczyznę w szpilkach uważam za ciężki idiotyzm, choćby z powodów zdrowotnych, to jednocześnie nic nikomu do tego - więc wyrzucenie było całkiem niesłuszne. Uderzyło mnie jednak co innego. W kryzysowej sytuacji owej student został zakwaterowany w biurze Kampanii Przeciw Homofobii. I tu cytat wypowiedzi studenta rzeczonego:

“Nie czułem się tam dobrze, bo nie jestem homoseksualistą”.

Przeczytajcie to Państwo raz jeszcze. Czujni redaktorzy GW to przepuścili? Nie czuł się dobrze, bo nie jest homoseksualistą? Znaczy co, w raju tolerancji, jakim przecież bez wątpienia jest biuro onej fundacji nie toleruje się heteroseksualistów? Podrywali go? A może wystrój wnętrza nie odpowiadał? Ki diabeł? A może wreszcie nasz bojownik o prawo facetów do robienia z siebie idiotów jest (aż strach pomyśleć)... wrednym homofobem?

Drobiazg z portalu Gazety Polskiej, czyli kogo noblesse nie oblizało. Przeglądając czas jakiś temu rzeczony portal, natrafiłem na artykuł o parzeniu herbaty. Ot, drobiazg, żadnych rewelacji, ze dwie informacje, o których nie wiedziałem lub zapomniałem. Moja ładniejsza połowa zwróciła mi jednak uwagę, że artykuł został przepisany z Wikipedii. Sprawdziłem - faktycznie. Czując pewien niesmak, zamieściłem stosowny komentarz. Spodziewałem się zaprzeczania, gromów... kto wie, może nawet wyjaśnienia - mogłem się przecież jakimś sposobem pomylić. I co? I nic. Mój komentarz nie ukazał się do tej pory.

Manipulować trzeba umieć. Naprawdę. I dotyczy to osób tak z lewa, jak i z prawa.

mOrfeusz

Right Geek 03:13 komentarze: 2
12.IX.1964
2007-09-12
bezpośredni sznurek do wpisu

Tego samego dnia, co Johnny Cash, którego wspominałem w poprzednim wpisie, tyle że 43 lata temu, odszedł do tego lepszego życia Sergiusz Piasecki.

Obaj ci faceci mają zresztą więcej ze sobą wspólnego niż tylko daty śmierci. Obaj byli niepokornymi awanturnikami, obaj sięgnęli dna (Cash - narkotyki i ogólne upodlenie, Piasecki - a jakże, narkotyki, ogólne upodlenie, bandyterka, wreszcie kara śmierci zamieniona na więzienie), by potem sięgnąć gwiazd (Cash - muzyką, Piasecki - pisaniem swoim).

A więc Sergiusz Piasecki... Człowiek - legenda. Facet, którego życie starczyłoby za biografię kilku, jak nie kilkunastu osobom. Zresztą wszystkie niemal jego dzieła są w mniejszym lub większym stopniu autobiograficzne. Pochodzący ze zruszczonej rodziny, odkrył w sobie polskość. Pobyt w Rosji w czasach rewolucji ukształtował na całe życie jego serdeczny, zwierzęcy antykomunizm. Polski szpieg, potem przemytnik, wreszcie bandyta. Skazany na karę śmierci, zamienioną na dożywocie za zasługi dla polskiego wywiadu. W więzieniu objawia talent pisarski. Ułaskawiony dzięki wstawiennictwu wybitnych polskich pisarzy. Błyskotliwą karierę literacką przerywa wojna. W czasie okupacji wymyka się sowietom i w polskim podziemiu działa jako egzekutor (dziś powiedzielibyśmy "hitman") wykonujący wyroki na zdrajcach i człowiek do zadań specjalnych. Po wojnie musi uciekać za granicę. Na emigracji osamotniony wskutek nieprzejednanej nienawiści do komunistów (która objawia się między innymi krytyką pupilka salonów, Miłosza). Do końca niezłomny. Żyje skromnie, umiera na raka, nie skończywszy ostatniej części swych sfabularyzowanych wspomnień wojennych.

Cześć jego pamięci!

mOrfeusz
Right Geek 23:26 komentarze: 1
12.IX.2003
bezpośredni sznurek do wpisu

4 lata temu odszedł od nas Johnny Cash.



Do zobaczenia, Johnny.

mOrfeusz

Etykiety:

Right Geek 00:42 komentarze: 0
Mała aktualizacja
2007-09-02
bezpośredni sznurek do wpisu

Dwa wpisy o polityce. Tu macie usprawiedliwienie nieobecności i agitkę wyborczą (dostępną także tu), a tutaj aktualny komentarzyk polityczny. Zapraszam do czytania!

mOrfeusz

Etykiety:

Right Geek 17:11 komentarze: 0
Manipulacja, manipulacja!
2007-06-05
bezpośredni sznurek do wpisu

Tak jakoś się składa, że przychodzi mi ostatnio bronić pań, do których zbytnią miłością nie pałam. Ale co zrobić, skoro one akurat padają ofiarą manipulacji (swoją drogą jeszcze parę takich prasowych przekrętów i zacznę owe panie darzyć sympatią). Była więc pani Sowińska, a jest Sobecka.

Z właściwą sobie subtelnością wołu doczepionego do karety w składzie porcelany, Dziennik wieści w tytule artykułu, że znana z konserwatywnych poglądów posłanka Anna Sobecka twierdzi, iż "seks jest zły, bo nie rozwija". Jak wiadomo, większość osób ogranicza się do czytania tytułów (starczy spojrzeć na komentarze na forum) - swoją drogą, zważywszy na poziom dziennikowych artykułów, to nawet się nie dziwię. A tymczasem co znajdujemy w treści artykułu? Surprise, surprise, całkiem mądre słowa wyjęte z nauk Jana Pawła II, gdzie tytułowe stwierdzenie, ujęte w kontekst, brzmi całkiem inaczej: otóż seks sam w sobie, w oderwaniu od miłości i małżeństwa, jest zły, bo "nie rozwija człowieka, nie przynosi dobra, nie daje bliskości z drugą osobą". Brzmi nieco inaczej, prawda?

Oczywiście forumowi toleraści (gwoli sprawiedliwości: znalazł się jeden sprawiedliwy) zdążyli już powiesić na nieszczęsnej posłance wszelkie przysłowiowe psy, poczynając od jakże pełnych taktu i elegancji uwag o urodzie pani Sobeckiej. Ręce opadają...

mOrfeusz

Etykiety:

Right Geek 02:52 komentarze: 1
Gdy kurz bitewny na teletubisie wreszcie opada...
2007-06-04
bezpośredni sznurek do wpisu

... warto poświęcić chwilkę, by odkryć, jak to było naprawdę. Primo, jak nie lubię pani Ewy Sowińskiej, tak trzeba przyznać, że reagowała tylko na pytanie zadane przez dziennikarza Wprost, który w dodatku zaznaczył, iż może ono wydać się śmieszne. Secundo, rzeczony teletubiś jest fioletowy ("flagowy" kolor homoseksualistów), ma antenkę z trójkącikiem (symbol homoseksualistów), nosi torebkę (rzecz niespecjalnie męska), zaś w oryginale głosu udziela mu zdeklarowany, za przeproszeniem, gej. Przypadek? Ja w takie przypadki nie wierzę. Inna sprawa, że demonstracja taka trafia w próżnię, jako że dziecko w wieku teletubisiowym i tak jej nie zrozumie. Tertio, przeciwnicy rządu jakoś nie zauważyli, że tenże odciął się błyskawicznie od wypowiedzi Sowińskiej. Nie przeszkodziło to w nowej fali komentarzy o rządzie kompromitującym nas jakoby na całym świecie. Ciekawa sprawa, kiedy poczynaniom któregoś z, za przeproszeniem, członków gabinetu nie sposób przyklasnąć, zaraz słyszy się "no tak, ale on jest jeden, a ten cały rząd...", kiedy zaś jedna osoba do tegoż gabinetu należąca zrobi coś, powiedzmy, kontrowersyjnego, negatywnie oceniany jest cały gabinet, a jeszcze przy okazji parlament i PiS, jeśli tylko się da.

I na koniec, quarto, niezależnie od przesłania o... hmmm... odmienności seksualnej lub jego braku, Teletubisie są serialem ogłupiającym. Dostosowanym, jakoby, do zdolności poznawczych, dzieci w wieku od roku do czterech lat. Dostosowanym, a więc nie prowokującym do rozwoju, a w przypadku dzieci starszych - wręcz ten rozwój hamującym.

A co tam jeszcze w cieniu torebki Tinky'ego Winky'ego (cholera, przy okazji nauczyłem się danych personalnych tego drania na pamięć) wydarzyło się w kraju w ciągu ostatnich dwóch tygodni?*

Wiadomość mocno przebrzmiała, acz istotna. Policja ujęła groźnych bandytów, zajmujących się złowrogim procederem hobbystycznego tłumaczenia napisów do filmów. Wszyscy uczciwi ludzie odetchnęli z ulgą - wiadomo, jak się taki z napisem zaczai w ciemnym zaułku, to nie ma żartów. A tak bardziej serio... ktoś mógłby podsunąć specom od PR PiS-u pomysł zmiany nieżyciowego, XX-wiecznego prawa autorskiego... sukces wyborczy gwarantowany!

Wybory na Podlasiu wygrał PiS. Przed wyborami zapowiadano je jako przełomowe. Po wygranej partii rządzącej okazały się nieważne. Czyli - standard.

Odznaczenia "Gloria Artis" dostali Papcio Chmiel, Janusz Christa i Tadeusz Baranowski. Zapewne jest to przejaw pełzającego faszyzmu, tylko jak to uzasadnić?

Lekarze strajkują, minister zaś bezczelnie twierdzi publicznie, że został potraktowany jak zwykły "pacjent X".

Co do lekarzy, mam uczucia mieszane. Z jednej strony - mają rację, faktycznie zarabiają za mało i warunki pracy mają opłakane, na czym cierpią i oni, i ich pacjenci. Z drugiej - czemu tak żałośnie mało jest lekarzy uczciwych? Czemu reprezentują ich karierowicze, zmieniający walkę o swe prawa w walkę polityczną? Czemu środowisko lekarskie przeżera korupcja? Jak dawać więcej pieniędzy na zmarnowanie - bo z dużym prawdopodobieństwem nie trafią one właśnie do tych uczciwych?

Co do Zbigniewa Religi, przy jego stanie zdrowia daruję sobie moje tradycyjne "musi odejść". Nie mam też nic przeciw specjalnemu traktowaniu ministra zdrowia - w końcu, nie oszukujmy się, jest on osobą ważniejszą i cenniejszą niż przeciętny obywatel. Kiedy jednak ów minister zdrowia, wbrew oczywistym faktom, twierdzi w wywiadzie, że to specjalne traktowanie, z błyskawiczną diagnozą i ekspresowym terminem operacji, jest jakoby normą w przypadku wszystkich pacjentów - to po prostu trafia mnie szlag. Nierówność - zgoda, ale łgarstw nie znoszę.

Mordercy z "Wujka" skazani. Napiszę to po raz kolejny, ale trudno. Czemu musieliśmy na tę chwilę czekać 18 lat? Sprawiedliwość musiała dojrzeć? A fakt, boć to teraz faszyzm...

CBA złapało anestezjologa ze szpitala MSWiA, niejakiego Piotra O., współpracownika niesławnego doktora Mirosława G., na nielegalnej aborcji. Odżywają stare dyskusje o państwie policyjnym i podobnych idiotyzmach, a mnie zastanawia coś całkiem innego. Niedoszła matka była Irlandką... czemu w Irlandii restrykcyjne prawo antyaborcyjne nie jest przejawem faszyzmu? I, co może jeszcze istotniejsze, dlaczego owa kobieta nie znalazła u siebie miejscowego doktora O.?

Partia z "platformą" i "obywatelem" w nazwie znów udaje, że ma program i potrafiłaby rządzić. Lider partii onej, wieszcząc sojusz PiS i SLD wyraźnie jednak rozwiewa złudzenia, że chodzi tu o coś więcej, niźli tylko tzw. "jaja". Aleksander "Chlałem Jak Świnia W Charkowie" Kwaśniewski miota się po chwiejnej scence politycznej w oczekiwaniu na prokuratora. Odnotowuję te zdarzenia, gwoli kronikarskiej ścisłości, choć, prawdę powiedziawszy, there's nothing to e-mail home about, jak powiadają mieszkańcy Albionu.

mOrfeusz

* Długa przerwa w pisaniu pozwala odsiać te zdarzenia, które po czasie okazały się nieistotne. Cóż za komfort! Jednakże postaram się już nie robić przerw aż tak długaśnych.

Etykiety:

Right Geek 01:39 komentarze: 2
Szkodliwi kretyni?
2007-06-02
bezpośredni sznurek do wpisu

... bo chyba już nawet pożytecznymi idiotami ich nazwać nie można.

Jacek Jarecki zwrócił mą uwagę (a właściwie nie on sam był zwrócił, jeno wpis na jego blogu) na sondaż Gnijącej Wątroby (z okazji Dnia Dziecka?).

Poziom radosnego nieuctwa i wesołego dyletanctwa prezentowanego tak przez autorów sondażu, jak i przez komentatora (rzut oka... a to Pacewicz, to wiele wyjaśnia) jest tak porażający, że przekracza nawet ramy zwyczajowej manipulacji Gnijącej Wątroby. Już podtytuł groźnie wieści: "Jakiego męża/żony nie chciałbyś dla swego dziecka... - zapytaliśmy bez pardonu Polaków. Okazało się, że większość naszych uprzedzeń ma się niestety dobrze". Zerknijmy zatem na ten fatalny sondaż...



Najpierw rzuca nam się w oczy, że pytanie brzmiało całkiem inaczej. Wszak "mieć coś przeciw" to nie to samo, co zdecydowanie nie chcieć czy odrzucać. Człek może mieć "coś przeciw" (a nawet wiele przeciw) ślubowi córki z byłym narkomanem, ale zmienić zdanie, przekonawszy się, że ów zmienił się diametralnie, stawszy się innym człowiekiem. To samo tyczy się większości omawianych tu przypadków. Jeśli czegoś sondaż ten dowodzi, to raczej troski o dzieci, bo troska taka każe "mieć coś przeciw" większości wymienianych tu potencjalnych partnerów - chyba że przy bliższym poznaniu okażą się oni ludźmi przyzwoitymi. A o tym nic już w sondażu nie było.

Przyjrzyjmy się jednak poszczególnym przykładom rzekomej nietolerancji. Mielibyśmy więc w perspektywie jako potencjalni rodzice (sam rodzicem póki co nie zostałem, ale jestem przekonany, że część ankietowanych również nie ma dzieci) ślub swego dziecka z (biorę pod uwagę tylko pytania, gdzie liczba odpowiedzi negatywnych przekroczyła 20%):

  • Osobą tej samej płci. Niezgoda miałaby dowodzić homofobii. A to niby dlaczego? Można przecież akceptować homoseksualnego partnera swego dziecka, nie akceptując instytucji małżeństwa homoseksualnego, które przecież żadnym małżeństwem nie jest. A więc: manipulacja.
  • Byłym narkomanem, niepijącym alkoholikiem czy osobą, która odbywała karę więzienia. Patrz wyżej. Jak dla mnie, zgoda byłaby możliwa tylko w przypadku dogłębnego poznania wybranki lub wybranka - czyli sytuacja, w której dziecię oznajmia mi, że za tydzień - ba, nawet miesiąc - bierze ślub absolutnie odpada. Czy to nietolerancja czy raczej troska o dziecko? Znów zatem: manipulacja.
  • Osobą narodowości romskiej. Powiedzmy, że mówimy o naszej córce. Powiedzmy, że ma ona trzynaście lat - wszak śluby z dziećmi to u Cyganów rzecz powszednia. Dalszy komentarz chyba zbędny. Dodam tylko, że żywię głęboką i w pełni uzasadnioną niechęć do Cyganów za złodziejstwo (byłem świadkiem), żebractwo (takoż) i ogólne nieróbstwo.
  • Kimś, kto współpracował z SB. Może rodzice z Gnijącej Wątroby chcieliby mieć za synową czy zięcia delatora i tchórza o zeszmaconym charakterze. Zapewniam jednak, że sporo Polaków nie podziela tej opinii.
  • Osobą narodowości żydowskiej czy rosyjskiej. Niezgoda oznaczać ma antysemityzm czy też rusofobię. A słyszeliście, mędrcy z Gnijącej Wątroby, o różnicach kulturowych, które potrafią zniweczyć małżeństwo? W przypadku Żydów i Rosjan dochodzą do tego różnice religijne. W jakim obrządku miałby się odbyć ślub?
  • Bezrobotnym, osobą niepełnosprawną. Niezgoda to uprzedzenie czy może po prostu troska o to, czy dziecko poradzi sobie z taką sytuacją?
O ile jednak sam sondaż jest manipulacją, o tyle komentarz to już nawet nie manipulacja, a kosmiczna bzdura. Prócz kretyńskich uzasadnień interpretowania powyższych uzasadnionych zastrzeżeń jako przejawów nietolerancji, pisze Pacewicz m.in. o "antysemickich poglądach" Polaków, podając za przykład , iż uważamy że Żydzi "za dużo mówią o Holocauście" i "mają za duży wpływ na biznes światowy". Tu zdębiałem. Za cholerę nie potrafię się bowiem doszukać w tych wypowiedziach krzty antysemityzmu. Faktem jest, iż Żydzi o holocauście mówią dużo. Faktem jest, iż mają spore wpływy w biznesie - i nie tylko w biznesie... wspomnijmy choćby skład personalny polskich rządów czy nazwiska hollywoodzkich producentów. Stwierdzenie, że mówią za dużo, że wpływy mają zbyt wielkie - jest po prostu opinią, nie świadczącą przecież o niechęci do Żydów w ogóle. Gdzież tu antysemityzm?!

Nadmieńmy na koniec, że Pacewicz uparcie używa określenia "wykształciuchy" jako synonimu ludzi z wyższym wykształceniem. Panu Piotrowi, który ma najwyraźniej problemy ze zrozumieniem czytanego tekstu na poziomie podstawówki, pragnę przypomnieć, iż to wymyślone przez Ludwika Dorna określenie oznacza tych posiadaczy dyplomów szkół wyższych, którzy poza owym dyplomem nic z owych szkół nie wynieśli. Czyli kretynów z papierkiem, mówiąc dosadniej. Przeciwnicy PiS-u, używając tego określenia wobec siebie, dowodzą tym samym, że na nie zasługują (teraz zastanawiajcie się, co to znaczy, moi drodzy ćwierćinteligenci).

mOrfeusz

Etykiety:

Right Geek 16:40 komentarze: 2
Wpis porządkowy, dla porządku porządkujący... to i owo
bezpośredni sznurek do wpisu

Niezależnie od wiecznego czasu braku, blog się rozmnożył lubo też sklonował (cyberOwca Dolly?) i występuje teraz w trzech inkarnacjach. Wymieniam chronologicznie:

  • cyberOwca na blogspocie - blog macierzysty, tu znajdziecie najwięcej wpisów - od polityki, poprzez kulinaria aż po zaczytania książkowe, zapatrzenia filmowe i zasłuchania muzyczne;
  • cyberOwca w salonie24 - tu docieram ze swym oszołomstwem do większej liczby czytaczy, tu znajdziecie wpisy z owcy macierzystej, ale tylko te polityczne. Plus całkiem unikalne komentarze pod nimi;
  • ... oraz mój blog w czytankach okolicznych oszołomów - tu znajdziecie teksty polityczne bardziej hermetyczne (tak troszkę na zasadzie sporu prawej strony ze stroną prawszą).
Zapraszam do czytania wszystkich!

mOrfeusz

Etykiety:

Right Geek 01:53 komentarze: 0
Oblicza zła
bezpośredni sznurek do wpisu

Gnijąca Wątroba wieści powrót doktora Kevorkiana.

... a ja się zastanawiam, czemu w artykułach o obecnie rządzących nie ma tego chłodnego, obiektywnego... ba, momentami nawet życzliwego tonu. Więksi zbrodniarze, znaczy?

... i czemu oblicze zła na zamieszczonym zdjęciu, przyozdobione dobrotliwym uśmiechem, wygląda tyleż sympatyczniej od paskudnych, zaciętych gąb bliźniaków na zdjęciach publikowanych na przegniłym portalu.

mOrfeusz

P.S. Jack Kevorkian ma 79 lat. Tylko patrzeć, jak jego fani skrócą jego męki. Ja będę patrzył z pewną dozą satysfakcji.
P.P.S. Wpis na rozgrzewkę. Znów życie i praca przeszkadzają w uczciwym blogowaniu. Jutro postaram się ciut poprawić.
P.P.P.S. Na odtrutkę od rzeczywistości polecam "Trzecią Stronę Księżyca" w Trójce (właśnie słucham, pisząc te słowa) i Gabriela Keitha Chestertona (rozpocząłem dziś czytanie "Ortodoksji").

Etykiety:

Right Geek 01:20 komentarze: 0